Bardzo lubię mentalność Turków. Nigdy z ich strony nie spotkała mnie żadna przykrość, dotychczas na swojej drodze spotykałam same przyjazne i pomocne osoby.
Beyşehir to małe miasto, nie ma tu ludzi z Europy, ale mieszkańcy są bardzo tolerancyjni. Jednak nikt nigdy nie miał problemu z tym, że jestem obcokrajowcem, nie posługuję się perfekcyjnym tureckim czy nie jest muzułmanką. Przeciwnie, wystarczy powiedzieć kilka słów po turecku, nawet niepoprawnie, aby wywołać na twarzy Turka czy Turczynki uśmiech. Oni się bardzo cieszą, kiedy ktoś zza granicy uczy się ich języka.
Turcy tutaj nie szukają problemów na siłę, zawsze starają się znaleźć najlepsze rozwiązanie, nawet jeżeli jest to jakaś sprawa urzędowa, a Ty akurat nie masz przy sobie jakiegoś wymaganego dokumentu. Nie trzymają się sztywno reguł, bo tak musi być i koniec. Zawsze można się jakoś dogadać. Odnoszę wrażenie, że tutaj reguły i zasady to jedno, owszem, ale ważniejszy jest człowiek. Zresztą sama się o tym ostatnio przekonałam, załatwiając sprawę w urzędzie migracyjnym.

Turcy są bardzo gościnni. Chętnie dzielą się tym, co mają, nawet jakby mieli tego niewiele. Odmówienie zaproszenia na obiad, filiżankę kawy czy chociaż jedną szklaneczkę herbaty graniczy z cudem. Poza tym nie wypada odmówić, kiedy ktoś Cię zaprasza.

Turcy są towarzyscy. Uwielbiają spędzać czas poza domem. Restauracje, kawiarnie, ławka w parku. W gronie rodziny lub w gronie znajomych. Zarówno młodsi, jak i starsi. Kobiety i mężczyźni.
Wszystko ładnie, pięknie, ale trzeba też wspomnieć o drugiej stronie medalu tej towarzyskości. Nie wiem, czy to cecha tylko mieszkańców mojego miasta, czy w innych miejscach też tak robią. Moje spostrzeżenia potwierdziła też jedna osoba, która nie pochodzi z Beyşehir, ale ma tutaj firmę.

Wyobraźcie sobie sytuację, że wychodzicie z rodziną, mężem, przyjaciółką, przyjacielem na obiad do restauracji, na kawę. Chcecie miło wspólnie spędzić czas, porozmawiać. Dawno nie mieliście takiej okazji. Jednak okazuje się, że w restauracji spotykacie kogoś znajomego. Nie, żeby to był jakiś bliski znajomy. Ot, po prostu się znacie. W normalnej sytuacji pewnie byście się przywitali, z grzeczności zapytali się, jak tam leci, a potem każdy poszedłby do swojego stolika. Tyle że w Beyşehir to niemożliwe. Ta znajoma osoba po prostu usiądzie do Twojego stolika. Nie zapyta się, czy może, czy przypadkiem nie przeszkadza. Po prostu weźmie swoje rzeczy z innego stolika i usiądzie z Wami jak gdyby nigdy nic. To ma też przełożenie na gruncie biznesowym. Tu chce nawiązać do rozmowy ze wspomnianym wcześniej właścicielem pewnej firmy. Opowiadał mi, że to uciążliwe mieć biuro w centrum miasta, bo co chwilę ktoś wpada na kawę lub herbatę. Nie patrzy na to, czy masz jakieś spotkanie z klientem, czy rozmowę z pracownikami. Znacie się, był w okolicy, więc to zrozumiałe, że chciał wpaść na szklaneczkę czaju i zapytać się, jak leci. W tym wszystkim nie pomaga fakt, że Beyşehir jest małe i sporo osób się zna…

Przyznam, że to dość uciążliwe. Oczywiście, nie zdarza się to w 100% przypadków, jednak dość często. Za często. Ja już miałam taką sytuację kilkukrotnie. Niestety w takim przypadku nie pozostaje nic innego, jak zaakceptować fakt, że dla tych ludzi to coś całkowicie normalnego.

Mieliście kiedyś podobną sytuację?

Kategorie: Ludzie